TwitterFacebook

50 lat kapłaństwa. Rozmowa z ks. inf. Janem Sołowianiukiem

Do Wyższego Seminarium Duchownego w Łomży wstąpił 10 września 1962 roku. Decyzja była przemyślana od dawna, chociaż towarzyszyły jej problemy zdrowotne. Na tyle poważne, że myśląc o seminarium trafił do… sanatorium. O dawnej rzeczywistości seminaryjnej i kleryku w białej sukni naszemu reporterowi Pawłowi Dąbkowskiemu opowiadał ks. Infułat Jan Sołowianiuk – wykładowca liturgiki z 40 letnim doświadczeniem.

Paweł Dąbkowski: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, witam serdecznie ks. infułacie.

Ks. infułat Jan Sołowianiuk: Szczęść Boże.

P.D.: Na początek prosiłbym, aby ksiądz infułat opowiedział o swoich początkach w Wyższym Seminarium Duchownym w Łomży.

ks. J.S.: Było nas 42, z czego 7 na pierwszym roku. Po trzech latach jeden z kolegów wystąpił, ale na jego miejsce przyszedł z wojska ks. Wojciech Kulesza, który swoje studia zaczynał dwa lata wcześniej i musiał je wstrzymać z powodu służby wojskowej. Ta siódemka trwała przez sześć lat bez żadnego uszczerbku, wszyscy zostali wyświęceni.

P.D.: Problemy zdrowotne przeszkadzały w nauce?

ks. J.S.: To ważne pytanie. Trzeba powiedzieć, że biskup Falkowski – ówczesny ordynariusz, był szczególnie czuły na punkcie zdrowia. Ciągle podkreślał, aby przełożeni robili selekcję i nie dopuszczali do kapłaństwa ludzi chorych, z dolegliwościami. Tutaj właśnie zaczęła się moja pierwsza tragedia, ponieważ doktor Schramm – człowiek o niezwykle szlachetnym usposobieniu – wezwał mnie, dokładnie przebadał i skierował do szpitala płucnego w Łomży, przy ul. Senatorskiej. Tam otrzymałem zaświadczenie o braku nacieku na lewym płucu, a więc wszystko dobrze. Papiery zaniosłem do rektora, który spojrzał na mnie życzliwym okiem, ale pamiętał słowa biskupa Falkowskiego. Podobnie doktor Schramm, który powiedział: „Poprawa rzeczywiście jest, ale skoro wcześniej były kłopoty, choroba może wrócić podczas posługi kapłańskiej”.

P.D.: Te słowa musiały brzmieć jak wyrok.

ks. J.S.: Gdy na piątym roku zbliżał się diakonat, ten sam doktor Schramm nie wydał już opinii dopuszczającej mnie do święceń. Byłem dorosłym człowiekiem, a płakałem wtedy jak dziecko. W podobnej sytuacji znalazł się ks. Stanisław Sobotka borykający się z problemami wzroku. Obaj poszliśmy do doktora Schramma i dosłownie błagaliśmy, aby dopuścił nas do kapłaństwa. Zdenerwował się niesamowicie, wziął zaświadczenie i napisał: „Zgadzam się”.

P.D.: Czy seminarium dawało przestrzeń do rozwoju humaniście?

ks. J.S.: Wielką. Brałem udział w wielu przedstawieniach i sztukach. Dziś ich ilość została ograniczona, ale za moich czasów tych spektakli było bardzo dużo. Dwa razy zdarzyło mi się nawet zagrać role kobiece, między innymi Annę Boleyn – żonę Henryka VIII. Miałem wówczas 17 lat. Ks. Jan Urban – kierownik naszego teatru, ucharakteryzował mnie wówczas tak profesjonalnie, z białą suknią włącznie, że obecny na widowni podczas sztuki biskup Falkowski nachylił się do ks. rektora i powiedział: „To musieliście aż kobiety zapraszać do spektakli?”. Rektor odpowiedział wówczas: „Ekscelencjo, to kleryk z pierwszego roku”. Po widowisku podszedłem do biskupa Falkowskiego i porozmawialiśmy. Nie mógł uwierzyć.

Całą rozmowę z ks. infułatem Janem Sołowianiukiem będzie można znaleźć w najbliższym numerze tygodnika Głos Katolicki.

pd

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *