TwitterFacebook

„Głupia prostaczka”, która rozmawiała z Maryją

Bernadeta wciąż trwała przy danej jej przez Maryję słodko-gorzkiej obietnicy: „Obiecuję ci szczęście, ale nie na tej ziemi” i to pewnie z niej czerpała siły do przyjmowania z dziękczynieniem cierpienia i upokorzeń. 11 lutego 1858 r. po raz pierwszy Bernadecie objawiła się Matka Boża w pobliżu groty Massabielle. Spotkania z Niepokalaną odmieniły jej życie. Po śmierci jej ciało umieszczono w kryształowym relikwiarzu w kaplicy klasztoru Saint-Gilard we francuskim mieście Nevers. Miasto jest położone w Burgundii, 260 km od Paryża. Do dziś pozostaje ono w nietkniętym stanie, łamiąc w ten sposób wszelkie prawa fizyki. W tym roku przypada 175. rocznica urodzin i 140. rocznica śmierci tej wyjątkowej świętej.

Narodziny

Maria Bernadeta przyszła na świat 7 stycznia 1844 r. w Lourdes, we Francji, jako pierwsza z rodzeństwa. Jej ojciec był ubogim młynarzem, a jego warsztat pracy chylił się ku upadkowi. W dwa dni po urodzeniu dziewczynce nadano na chrzcie imię Maria Bernarda, jednakże do historii przeszła pod tym drugim imieniem używanym w formie spieszczonej jako Bernadeta bądź Bernadetka lub Bernatka. Bernadeta miała liczne rodzeństwo: sześciu braci i siostrę. Z tego też powodu ich ojciec Franciszek Soubirous często zmieniał pracę, a nawet miejsce zamieszkania. Przez pewien czas, dla odciążenia rodziców, Bernadeta przebywała u swojej krewnej Marii Aravent, u której pasła owce. Gdy miała 14 lat, powróciła do domu rodzinnego w Lourdes, aby tu uczęszczać na katechizację i przygotować się do Pierwszej Komunii Świętej.

Spotkanie z Niepokalaną

Był wówczas rok 1858. Wtedy to, 11 lutego, Bernadeta po raz pierwszy doznała wizji w Lourdes nad rzeką Gave, w pobliżu groty Massabielle. Opisała ją w liście do P. Gondrand w trzy lata później. Mianowicie ujrzała Panią odzianą w białe szaty. „Jej suknia była lśniąco biała i przepasana niebieską opaską, a na obu stopach miała żółtą różę, tej samej barwy co Jej różaniec.” Bernadeta chciała przeżegnać się, ale nie mogła, ponieważ tak bardzo była przejęta doznaną wizją. Uczyniła znak krzyża, gdy owa Pani też przeżegnała się. Bernadeta natychmiast zaczęła modlić się na różańcu, a w tym czasie Pani przesuwała ziarnka swojego różańca, ale Jej wargi nie poruszały się. Po skończonej modlitwie różańcowej Bernadety Pani znikła. Bernadeta doznała między 11 lutego a 16 lipca 1858 r. osiemnastu wizji, co stało się powodem wielkiego poruszenia we Francji, a następnie początkiem olbrzymiego ruchu pielgrzymkowego i związanego z nim odrodzenia życia religijnego, wielu uzdrowień i nawróceń. W swoim liście Bernadeta wspominała, że czuła wielką potrzebę, aby znów wrócić na miejsce doznanej wizji. Za trzecim razem Pani przemówiła do Bernadety i poleciła jej, aby tu przychodziła przez piętnaście dni, na co dziewczyna zgodziła się. Pani też poleciła Bernadecie oznajmić księżom Jej wolę wybudowania na tym miejscu kaplicy, również przy tym spotkaniu nakazała jej napić się wody ze źródła. Bernadeta na to miejsce przychodziła przez piętnaście dni zgodnie z poleceniem Pani. Bernadeta kilkakrotnie pytała Panią, kim Ona jest. Pani tylko uśmiechała się i w końcu powiedziała, że jest Niepokalanym Poczęciem. Matka Boża swoim wyznaniem potwierdziła słuszność ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Jej Poczęciu w roku 1854 przez papieża Piusa IX. Biskup Laurence, ordynariusz Tarbes, ogłosił w roku 1862 dekret o prawdziwości objawień w Lourdes.

Bernadeta Soubirous schowała się w… klasztorze

Nie chciała sobą przesłaniać treści samych objawień – była świadoma, że teraz przyszedł czas działania Maryi. Rozwiązanie wkrótce przyszło samo: niewiele po ostatniej wizji zachorowała na zapalenie płuc. Leczyła się w szpitaliku Sióstr Miłosierdzia z Nevers i musiało to być dobre doświadczenie, bo postanowiła wstąpić do tego zgromadzenia i tak uciec przed ciekawskimi. Nie miała wykształcenia i była prosta w obejściu, więc nadawała się tylko do tzw. drugiego chóru, czyli sióstr pracujących fizycznie. Jednak równocześnie była chora na astmę i ogólnie słabego zdrowia, co wykluczało ciężkie prace. Przyjęto ją dzięki protekcji biskupa miejsca. Próg klasztoru przekroczyła 7 lipca 1866 r. wraz z dwiema innymi aspirantkami, mając 22 lata. Na drugi dzień przełożone zebrały całą wspólnotę (trzysta sióstr) w głównej sali i Bernadeta po raz pierwszy i ostatni opowiedziała im historię objawień. Od tego momentu miała być jedną z sióstr, a do tematu wizji nie wolno było wracać. Przynajmniej w gronie sióstr, bo do furty wciąż pukali dziennikarze (ci byli odsyłani) i osoby duchowne, w tym historycy, którzy „przesłuchiwali” s. Marię Bernardę. Cierpliwie odpowiadała na wciąż te same pytania i opowiadała wciąż i wciąż swoją historię. Dlaczego Maryja nie objawiła się komuś wykształconemu? Dlatego wyłapywano jej najmniejsze potknięcia, nie dawano zwolnień od obowiązków i do granic nerwicy natręctw pilnowano, czy Bernadeta wypełnia regułę. Wizjonerka przyjmowała to w pokorze, nawet fakt, że wciąż odkładano jej śluby wieczyste. Złożyła je prawie cudem – ponieważ przy kolejnym ataku choroby obawiano się, że umrze, dano jej zezwolenie na nie. Bernadeta tym razem jeszcze nie zmarła, ale śluby były już ważne.

Praca św. Bernadety w szpitalu

Wcześniej jednak było kilkanaście lat pracy w szpitalu, najpierw jako pomoc pielęgniarki, a potem jako siostra odpowiedzialna za szpital. Sama schorowana – do astmy wkrótce dołączył nowotwór kolana i gruźlica – doskonale rozumiała słabość innych. Chorzy byli zachwyceni jej delikatnością i wyczuciem. Miała w sobie wiele naturalnej radości i przyjazny sposób bycia. Siostry do niej lgnęły, szczególnie aspirantki i postulantki.

Uważała się za ograniczoną i mało zdolną intelektualnie. Nie szukała wielkości. Świadczy o tym choćby następująca historia: ktoś przyniósł do klasztoru w Nevers informację, że w Lourdes można kupić zdjęcia Bernadety. Opłata za ich nabycie była śmiesznie mała. Wizjonerka skwitowała to słowami: „Widocznie tyle jestem warta”.

Najważniejsze powołanie Bernadety – modlitwa

W klasztorze nadeszła chwila przydzielania nowym profeskom wieczystym ich miejsca w zgromadzeniu. Była wtedy wśród nich i s. Soubirous, jednak przełożone jakby o niej zapomniały. Dopiero biskup zwrócił uwagę, że jej nie dano żadnego miejsca. Zapytał więc, co umie. Odparła, że nic, tylko się modlić. Więc ordynariusz wyznaczył jej jako zadanie w zakonie modlitwę.

Zmarła 16 kwietnia 1879 roku w wieku zaledwie 33 lat. Został po niej malutki notatnik duchowy, a w nim piękny duchowy „testament” – spisany niewiele przed śmiercią hymn dziękczynienia. Za wszystko:

Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie… dziękuję Ci, Jezu.

Za dni, w który przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu… dziękuję Ci, Matko.

Za ortografię, której nie umiałam nigdy, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.

Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała…

Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczuwałam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie „siostro Mario Bernardo”… dziękuję Ci, Jezu. Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą…

Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję…, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia… dziękuję.

Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: «Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą».

Dziękuję, za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko… tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: «To ta ma być Bernadeta, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę?».

Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące…, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle… dziękuję Ci, mój Boże.

I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakowało… dziękuję Ci, Jezu.”

Marcin Szczepański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *