TwitterFacebook

Droga ku zachodowi – wywiad z Robertem Mrozem

Najważniejsza jest szczerość. Nie pisze się ani nie śpiewa po coś, a przynajmniej ja nie robię tego po coś. Tak muszę, rano wstaje i mam taka potrzebę. Zależy mi na tym, żeby to nie była kreacja, ale przekaz naturalny wynikający z tego, co w danym momencie czuję mówi w rozmowie z Anną Czytowską Robert Mróz, kompozytor, wokalista, na co dzień profesor nauk medycznych. Pod koniec września ukazała się „Droga ku zachodowi”, debiutancka płyta artysty,

Jak to się stało, ze profesor nauk medycznych wydał płytę?
Muzyką zajmuje się od wielu lat, przez długi czas to było pisanie dla teatru amatorskiego i zespołów w młodym wieku. Potem medycyna wzięła górę, zacząłem pisać bardziej do szuflady, ale sześć lat temu postanowiłem wrócić do tej pasji.

Słuchacze są zdziwieni, kiedy dowiadują się, że na co dzień jest pan lekarzem?
Ci, którzy mnie nie znają, tak. Rozmach tej płyty, znane nazwiska powodują, że ludzie są zaskoczeni czym zajmuje się na co dzień.

Co znajdziemy na płycie? Jakiego gatunku muzycznego mogą się spodziewać jej odbiorcy?
To jest pytanie, na które twórcy najtrudniej odpowiadać. Na pewno dużo jest muzyki balladowej, usłyszałem, że to muzyka zbliżona do tego, co robi wielki Sting, co jest dla mnie ogromnym zaszczytem. Na pewno na płycie są bardzo dobre teksty, pisane do muzyki, nie odwrotnie, więc nie jest to poezja śpiewana.

Płyta jest zatytułowana „Droga ku zachodowi”. Dokąd prowadzi ta droga?
Droga ku zachodowi ma wiele znaczeń. Z jednej strony dla mojego pokolenia to było coś szczególnego, zachód kojarzył nam się z lepszym życiem, lepszym światem i innym systemem wartości. Żyjąc w PRL-u dążyliśmy do zmiany otoczenia, w którym żyliśmy, więc zachód jest synonimem lepszego życia. Można się tez doszukiwać paraleli życia jako drogi, która kończy się zachodem. Chodziło nam jednak, mnie i tekściarzowi, o drogę jako kierunek, nie schyłek.

Na polskiej scenie muzycznej wciąż jest miejsce dla „wrażliwców”?
Mam nadzieję! Ważne jest, żeby to było wrażliwe, a nie ckliwe. Mam nadzieję, że się ustrzegliśmy ckliwości. Wrażliwość to jest bardzo dobra cecha, chociaż czasem się za nią płaci. Jesteśmy wrażliwi, więc jesteśmy w pewien sposób też bezbronni. Ale i tak warto.

W czasach szybkiej, elektronicznej muzyki, płyta „Droga ku zachodowi” bardzo się wyróżnia. To jest płyta przy której trzeba się zatrzymać i zasłuchać.
Mam nadzieję, że ten kto się nad nią pochyli znajdzie czas, żeby jej wysłuchać do końca, to prawie 100 minut. Jest też rozprawieniem się z tym, co przez wiele lat pisałem do szuflady, etap, który chciałem doprowadzić do szczęśliwego rozwiązania. Nie chciałem, żeby to, co pisałem, zostało w szufladzie.

Musiał pan kiedyś wybrać, kariera muzyczna czy medyczna. Nie miał pan wątpliwości, że jednak ta medyczna na co dzień?
Nie miałem wątpliwości, że to ta muzyczna będzie moja karierą. Ale ze względów zdrowotnych musiałem się rozstać z karierą wokalną, na której bardzo mi zależało. Zmuszony, wróciłem do medycyny, która mnie pochłonęła w całości. Sześć lat temu postanowiłem wrócić do muzyki, okazało się, ze przypadłości wokalno-krtaniowe są już przeszłością i mogę śpiewać bez ograniczeń.

Marek Dyjak powiedział, ze pańska pasja sprawia, że „człowiek słuchający tej muzyki bardziej kocha, staje się silniejszy i wrażliwieje”. Jakie emocje chciałby pan wyzwolić u tych, którzy sięgną po płytę?
Najważniejsza jest szczerość. Nie pisze się ani nie śpiewa po coś, a przynajmniej ja nie robię tego po coś. Tak muszę, rano wstaje i mam taka potrzebę. Zależy mi na tym, żeby to nie była kreacja, ale przekaz naturalny wynikający z tego, co w danym momencie czuję. Wszelki fałsz i nienaturalność są rozpoznawalne, mam nadzieję, że dlatego się Markowi podobało. On tez jest bardzo wyczulony na wszelkiego rodzaju źle ujęty kreatywizm.

Dziękuję za rozmowę.
Bardzo dziękuję.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *