TwitterFacebook

Czy można wierzyć i nie praktykować?

W dzisiejszych czasach, pełnych zabiegania i pogoni za pieniądzem, w czasach, w których większą wagę przywiązujemy do rzeczy materialnych zamiast do duchowych, coraz częściej spotykamy się z modnym w ostatnich latach określeniem „wierzący niepraktykujący” czy „niedzielni katolicy”. Słysząc takie określenie, wypada zastanowić się nad faktem, czy jest możliwe bycie katolikiem wierzącym, ale niepraktykującym. Czy wystarczy tylko wierzyć, a praktyka może zostać gdzieś daleko za nami? Czy wystarczy poświęcić Panu Bogu godzinę w tygodniu, by osiągnąć Niebo?

Tzw. niedzielny katolik jest osobą wierzącą, ale tylko przez małe „w”. Jest nią praktycznie tylko przez godzinę w tygodniu, kiedy to próbuje uczestniczyć w niedzielnej Eucharystii, a na co dzień jego życie kręci się wokół „mieć”, a nie „być” i brakuje w nim miejsca dla Pana Boga. Nie potrafi dawać świadectwa swojej wiary i miłości do Boga, bo tak naprawdę owa miłość nie istnieje w jego sercu. Praktykowanie wiary przez niedzielnych katolików sprowadza się więc do bycia (a nie uczestnictwa) na niedzielnej Mszy św., na której są bardziej widzami czy nawet przechodniami aniżeli uczestnikami Uczty Baranka.

Jak więc zmienić nasze zachowanie i wyobrażenie na temat niedzielnej Eucharystii? Otóż bez uświadomienia sobie jej istoty i ogromnej wartości człowiek nigdy nie odkryje Bożej miłości wypływającej ze Mszy św., nigdy nie odkryje Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Nigdy nie poczuje się wezwanym na ucztę eucharystyczną i nie będzie w niej uczestniczył z wewnętrznej potrzeby serca, podyktowanej miłością do Boga. Nie można więc być katolikiem i nie uczestniczyć w niedzielnej Mszy św. Ale czy wszyscy tak uważają? Niestety nie…

Nasz polski katolicyzm jest bowiem bardzo specyficzny i często działa bardziej na zasadzie lokalnej tradycji, zwyczaju przodków przekazywanego z pokolenia na pokolenie, a nie jako żywa wiara i osobista więź z Bogiem. I co najgorsze, wybrane praktyki religijne spełniamy na zasadzie przyzwyczajenia, a nie jak to być powinno – w relacji z Chrystusem. W tym momencie powinniśmy się jednak zastanowić, czy nadal jest to nasza wiara katolicka, czy nie jest to już tylko zwyczaj, zabobon czy pusty rytuał? Czy zatem należy mówić o wierzących niepraktykujących czy lepiej określić ich mianem praktykujących niewierzących, którzy chodzą czasem do Kościoła za namową rodziny, ale za ich czynami nie stoi wiara?

Ludzie w swoich słabościach mają tendencję do szukania usprawiedliwień na popełniane zło. Uwidacznia się to zwłaszcza w dziedzinie życia religijnego, które wymaga wielu poświęceń i dojrzałej samokontroli. Religia jest wymiarem naszego istnienia, sięga każdej dziedziny życia człowieka, czy nam się to podoba, czy też nie. Jeśli więc wypieramy się naszej wiary, tym samym wypieramy się również naszego człowieczeństwa. Czy można więc być katolikiem wierzącym, ale niepraktykującym? Na pierwszy rzut oka brzmi to nawet całkiem sensownie. Wierzący, bo wierzą w Boga, niepraktykujący, bo nie chodzą do kościoła, ich życie nie jest oparte na Dekalogu. Gdy jednak głębiej wnikniemy w te słowa, okazuje się, że określenie wierzący niepraktykujący jest bez sensu. To tak, jakby żyć i nie oddychać. Niestety tak się nie da…

Przede wszystkim należy uświadomić sobie fakt, że człowiek wierzący to wyznawca danej religii, a nie tylko człowiek, który wierzy w jakiegoś boga. Żeby więc nazwać siebie wierzącym, trzeba wierzyć zgodnie z pewną religią. Pierwszym podstawowym tekstem, który wyznaje katolik, jest powtarzane przez nas co tydzień podczas niedzielnej Eucharystii Credo, w którym przyznajemy: „Wierzę w jeden, święty, powszechny, apostolski Kościół…” Jak więc wierzę, a nie praktykuję? To po prostu paradoks. Nie da się wierzyć, że Kościół jest jeden i wyłączać się ze wspólnoty z nim. Jeśli więc nie praktykuję, to po prostu nie wierzę. I oszukiwanie samego siebie nic tutaj nie pomoże… Wydaje się, że w ukazywaniu człowiekowi niepraktykującemu jego niewiary właśnie Credo jest najbardziej skuteczne. A jak doskonale wiemy z Ewangelii, przyznanie się do niewiedzy przed samym sobą jest pierwszym krokiem ku nawróceniu…

Nasza wiara opiera się na naszej miłości do Boga. Jak więc wierzyć w Jego istnienie, a nie miłować Go? To tak jakby kochać kogoś bliskiego tylko od czasu do czasu, wtedy kiedy nam się chce i kiedy mamy z tego jakąś korzyść. Czy jest to prawdziwa miłość? Moim zdaniem nie. Można więc powiedzieć, że wierzący niepraktykujący jest jak kochający niepraktykujący. Kocha, ale nie okazuje tej miłości. Wiara oznacza oparty na zaufaniu stosunek człowieka do Boga, stąd też domaga się bycia z Bogiem w relacji przyjaźni, musi to być egzystencjalna relacja, ciągle żywa, niezmienna, permanentna. Jak można być z kimś w przyjaźni bez podtrzymywania relacji przyjacielskiej? Znamienite słowa Pisma Świętego potwierdzają tę tezę: „Tak jak ciało bez duszy jest martwe, tak i wiara bez uczynków jest martwa” (Jk 2,26). Człowiek wierzący przyjmuje treści Boże nie z powodu ich oczywistości, lecz ze względu na autorytet samego Boga.

Wielu ludzi postrzega Kościół jako czysto ludzką instytucję. Jeśli więc ktoś już zdołał wymyślić usprawiedliwienie na III przykazanie Boże, to zazwyczaj wina pada na któregoś z członków instytucji Kościoła: „Ksiądz mnie zraził”. Jednak musimy sobie zdać sprawę, że są dobrzy i źli księża, tak jak wśród nas są dobrzy czy źli lekarze, prawnicy itp. Jeśli mały człowiek, który jest tylko prochem i pyłem, był w stanie przysłonić ci Chrystusa, to znaczy że w twoim sercu Chrystus musiał być mały i jak widać, niepogłębianie życia religijnego przyczyniło się do tak łatwego zrezygnowania ze zbawczego dzieła odkupienia. Jeśli więc ktoś nie chodzi do kościoła z urazy do księdza, to powinien sobie uświadomić, że w sakramentach świętych nie działa ksiądz, lecz sam Chrystus. Jeśli człowiek naprawdę kocha Boga, tęskni za Nim, to nie ma dla niego znaczenia, czy ksiądz dokonujący konsekracji na ołtarzu jest osobą dążącą do świętości czy hipokrytą. Ksiądz przecież nie zmienia postaci Tego, który jest głową Kościoła – Chrystusa.

Życie chrześcijańskie bez praktyki, a więc nieustannego pogłębienia naszej wiary, staje się karykaturą relacji z Chrystusem. Bardzo precyzyjnie mówi o tym św. Jakub w swoim liście: „Jaki z tego pożytek (…), skoro ktoś będzie utrzymywał, że wierzy, a nie będzie spełniał uczynków? Czy sama wiara zdoła go zbawić? Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im: «Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!» – a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?” Następnie św. Jakub dodaje: „Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też martwa jest wiara bez uczynków” (Jk 3,14-16.26).

Często spotykamy się ze stwierdzeniem: „Chodzę do kościoła, kiedy mam taką potrzebę”. Wystarczy zastosować proste porównanie, żeby zobaczyć nonsens takiej postawy. Jeżeli ktoś kogoś kocha, to czy idzie do swej sympatii, tylko wtedy kiedy ma potrzebę, czy też dlatego, że kocha? Postawa taka jest bardzo egoistyczna i ma niewiele wspólnego z miłością do Boga – Bóg dla własnych potrzeb, Bóg na zawołanie… Oczywiście, że przychodząc do świątyni, mamy potrzeby w sercu: prosimy o rozwiązanie trudnych sytuacji, znalezienie pracy, spokój wewnętrzny itd., ale najważniejsza motywacja brzmi: „Idę na Mszę św., bo czeka tam na mnie Jezus, który mnie kocha”.

Niektórzy próbują argumentować swój brak praktyki wiary tezą, że modlić się można wszędzie – to prawda. Ale czy coś tak naprawdę może zastąpić Mszę św., na której Chrystus uobecnia swoją mękę? Dla pierwszych chrześcijan przeżywanie niedzielnej Eucharystii w gronie wspólnoty w pierwszy dzień tygodnia było zaszczytem i cechą przynależności do Chrystusa. Mimo prześladowań spotykali się o wschodzie słońca, by przez kapłana składać bezkrwawą ofiarę Chrystusa, a wschodzące słońce miało symbolizować Chrystusa zmartwychwstającego, a także przychodzącego powtórnie na końcu czasów. Ten, kto nie szedł na Eucharystię z lenistwa, pokazywał, że rezygnuje z przynależności do wspólnoty chrześcijan, bo nie zależy mu na spożywaniu Ciała i Krwi swego Mistrza.

Często też słyszymy, że ci, co chodzą do Kościoła, wcale nie są lepsi. Należy tu zastanowić się, skąd takie słowa. Czy rzeczywiście my, praktykujący, dajemy prawdziwe świadectwo wiary od poniedziałku do soboty? Spróbujmy więc odczytać naszą wiarę po-dobnie, jak to czynił św. Jan Paweł II. Czym dla Jana Pawła jest II wiara? W rozmowach z André Frossardem powiedział: „Uwierzyć, to znaczy «powierzyć» ludzkie «ja» […] Komuś, kto odsłania Siebie jako Początek i Kres […] a równocześnie jako absolutna Osoba […] albo lepiej: Osobowy Absolut. Powierzenie się Bogu w wierze sięga niejako do najgłębszego wnętrza ludzkiego bytowania, do samego jądra osobowego bytu. [Jest] zaangażowaniem się najbardziej podstawowym. […]. To coś więcej niż czysto intelektualny teizm, a także – pod innym względem – coś więcej i jakoś pełniej niż samo tylko «przyjęcie za prawdę tego, co Bóg objawił». Uwierzyć, to znaczy powierzyć się… Zaangażowanie najbardziej podstawowe… Totus Tuus ego sum…”

Katarzyna Mackiewicz / Głos Katolicki

2 kommentarze

  1. anonim Odpowiedz

    Poszukaj w bibli to się dowiesz!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *