RN
TwitterFacebook

Dał świadectwo wiary, odwagi i poświęcenia – wspomnienie bł. ks. Jerzego Popiełuszki

19 października 1984 roku ksiądz Jerzy Popiełuszko został porwany przez oficerów Służby Bezpieczeństwa z czwartego Departamentu MSW, przebranych za funkcjonariuszy “drogówki”. Po brutalnym pobiciu i torturach, esbecy skrępowali księdza sznurem, ciało obciążyli workiem z kamieniami i wrzucili do rzeki. Zwłoki kapłana wyłowiono z zalewu na Wiśle 30 października 1984 roku.

Była szaruga jesienna. Ośmiu kleryków z drugiego i trzeciego roku studiów Wyższego Seminarium Duchownego w Łomży zostało wyrwanych z Seminarium w celu odbycia zasadniczej służby wojskowej w specjalnej jednostce wojskowej w Bartoszycach. Przyszło nam klerykom żegnać się z całą wspólnota klerycką. – to wstęp rozdziału Alek- moja bratnia klerycka dusza z wojska (1966-1968), który umieścił w 60 numerze Episteme ksiądz Wacław Nowacki, obecnie emerytowany kapłan naszej diecezji, były proboszcz parafii w Czarni.

Czy mógłby ksiądz przywołać okoliczności towarzyszące powołaniu do wojska?

Do końca mieliśmy nadzieję, że nie trafimy jednak do wojska, zwłaszcza, że w naszej sprawie interweniował ksiądz biskup Czesław Falkowski, który w latach 1928-1930 pełnił funkcję rektora Uniwersytetu Wileńskiego i znał wiele wpływowych postaci z kręgów politycznych. W milenijnym roku 1966 padły podczas uroczystości 3 maja na Jasnej Górze padły znamienne słowa „Przebaczamy” które stały się zaczynem politycznej nagonki. W ramach szykan przeciwko Kościołowi, ksiądz Prymas został okrzyknięty zdrajcą ojczyzny, a do wojska zostali wzięci klerycy ze wszystkich seminariów diecezjalnych oraz zakonnych z całej Polski. Do wojska celem odbycia zasadniczej służby wojskowej w specjalnej jednostce wojskowej w Bartoszycach trafiły pierwszy i drugi rocznik. Z Seminarium Duchownego w Łomży trafiło nas 8.

Jak zapisał się w księdza pamięci kleryk Jerzy Popiełuszko?

Drobny, chudy, słabego zdrowia, na pozór niczym się nie wyróżniający. Pod tą delikatną fizjonomią krył się wielki duch. Człowiek bardzo miły, serdeczny, trochę zamknięty w sobie, niosący pomoc i współczucie tym, którzy go potrzebowali. Emanująca od niego skromność i pokora z jaką znosił szykany i psychiczne znęcanie się dowódców imponowały mi. Jego charyzmę poznałem trochę później kiedy on okrzyknięty przez przełożonych „inspiratorem” inicjował wspólne modlitwy czy nabożeństwa. Ksiądz Jerzy Popiełuszko prowadził w wojsku linię Prymasa Stefana Wyszyńskiego, co bardzo często jako zarzut wykorzystywali w swoich szykanach dowódcy. Zabroniona była modlitwa, a Popiełuszko stale inicjował wspólne modlitwy w jednostce, za co stale karany był zakazem opuszczania koszar. To on organizował spotkanie opłatkowe i zachęcał żeby oficerowie podczas wigilii łamali się opłatkiem z nami, na co przełożeni zareagowali, ku naszemu zdziwieniu, bardzo dobrze. Oprócz tego, że nie czuł strachu przed przełożonymi, nie miał też do nich żalu, ani do cywilów, którzy donosili. Co więcej potrafił się za nich modlić w duchu przyświecającego mu przesłania „Zło dobrem zwyciężaj”. W dzień był szykanowany przez dowódców drużyn, a w nocy przez dowódcę plutonu, który robił mu osobiste alarmy w pełnym rynsztunku na placu apelowym tak, że pluł krwią ze zmęczenia od ciągłego padania, wstawania i czołgania się. Nie poddawał się nawet wtedy kiedy zażądano aby zdjął różaniec z palca. Na nim skupiło się ostrze machiny politycznej zbudowanej na terrorze strachu i niechęci do wartości religijnych. Popiełuszko był prostolinijny, szczery i mówił to co myślał. To chcieli w nim złamać, tę wierność sobie i odwagę. Żył w zgodzie z przekonaniami, które wyniósł z domu, a później czerpał od Prymasa Wyszyńskiego. Nie można było go złamać psychicznie, mimo, że bardzo przeżywał te upokorzenia, bo oprócz wielkiej siły wyróżniała go wielka wrażliwość. W wojsku trzeba się było ratować poczuciem humoru, sprytem, czasem mijać się z prawdą – on tego nie potrafił, był na wskroś uczciwy.

Jak wspomina ksiądz żołnierski rozdział swojego życia?

Najbardziej doskwierał brak dostępu do sakramentów. Zabroniono nam udziału we Mszy św. Dopiero po roku odwiedził nas kapłan. Te działania paradoksalnie zamiast nas osłabić, tylko nas umocniły i tak jak życzył ksiądz biskup Falkowski „dawaliśmy dobre świadectwo w ciężkich dniach służby wojskowej”.

Na różne sposoby próbowano nas skłonić do współpracy, ale nie poddawaliśmy się, w miarę możliwości próbowaliśmy się uczyć i zdawać egzaminy w czasie przepustek czy u księży profesorów odwiedzających nas w Bartoszycach. Chcieliśmy zachować ciągłość seminaryjną. Oprócz przedmiotów sztandarowych dla formacji żołnierskiej w Polsce Ludowej mieliśmy w wojsku zajęcia z etyki i filozofii. Codziennie była musztra. Kto po capstrzyku klęczał i modlił się był karany przez dowódców drużyn.

Oficerowie mieli nas „rozpracować” i skłonić do współpracy. Każdy miał założoną teczkę. Jeszcze przed wojskiem były rozmowy z ubowcami, którzy liczyli na to, że będziemy donosić. Mnie przez dwie godziny trzymali w szkole. Chcieli żebym podpisał zgodę na współpracę…Ale się nie doczekali.

W jednym plutonie mogło być tylko dwóch kleryków z jednego seminarium, żeby rozbić takie poczucie wspólnoty i móc silniej oddziaływać na poszczególnych żołnierzy. Nie można było porozumiewać się ze sobą między kompaniami. Bardzo rzadko chodziłem na przepustki bo jako sprzymierzeniec Popiełuszki byłem postrzegany jako krnąbrny. Spędziłem pełne 2 lata bez możliwości udziału we Mszy św. na pierwszym roku, bez informacji ze świata. Dopiero po roku pojawili się w jednostce księża, jednak mogli nam przekazywać jedynie to, co przeszło przez cenzurę. Ponad rok musiałem czekać na udział we Mszy św. na Boże Narodzenie.

Czy dane było księdzu spotkać się jeszcze z księdzem Jerzym?

Widzieliśmy się na rekolekcjach w Częstochowie, które prowadził nasz biskup Mikołaj Sasinowski i na których gościł prymas Wyszyński. To były rekolekcje dla naszej jednostki, które zorganizowano już po zakończeniu służby. Ksiądz prymas mówił nam wtedy, że wiele środowisk apelowało o nasze zwolnienie ze służby wojskowej, sam Prymas pisał w naszej sprawie listy do ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza, ale te wszystkie listy trafiały do kosza. Wtedy gratulowałem księdzu Jerzemu, że się wycierpiał tyle w wojsku i teraz „awansował” przy boku księdza Prymasa. On odpowiedział z uśmiechem, że jedyna nagroda na jaką liczy to ta w Królestwie Niebieskim…. Drugi raz spotkałem się z nim w 1979 roku podczas pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła, wtedy jeszcze raz gratulowałem mu odwagi.

Śmierć męczennika…

Przeżyłem jego śmierć bardzo. Przeczuwałem, że jak go nie „złamią”, to pokonają go w inny sposób, nie spodziewałem się jednak że w tak bestialski sposób…

materiały archiwalne Głos Katolicki

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × four =