RN
TwitterFacebook

Dziś przypada 119. rocznica urodzin i 96. rocznica święceń Sługi Bożego kardynała Stefana Wyszyńskiego

119 lat temu, w Zuzeli nad Bugiem, urodził się Stefan Wyszyński, późniejszy kardynał, arcybiskup gnieźnieński i warszawski, prymas Polski w latach 1948–1981.

O wpływie kardynała na historyczne losy Polski można by mówić wiele, ale nie tym chciałabym się zająć. Interesuje mnie to, co ukształtowało małego Stefka. Przecież święci nie biorą się znikąd. Ktoś musi przekazać im wiedzę, własnym przykładem pokazać drogę. Żeby zrozumieć co miało wpływ na tak, a nie inaczej, ukształtowaną osobowość kardynała Wyszyńskiego, trzeba wejść do domu, w którym się wychował, pochylić się nad kołyską, zobaczyć matkę z podkrążonymi od niewyspania oczami, która przekłada w dłoniach kolejne koraliki różańca. Trzeba spojrzeć na ojca, który po długich godzinach spędzonych nad sporządzaniem parafialnych dokumentów klęka przed obrazem Częstochowskiej Madonny, by trwać w zamyśleniu godzinę, dwie, trzy… Trzeba zajrzeć do szufladki przy łóżku, by znaleźć te przechowywane jak najcenniejszy skarb książki, którymi tato nie pozwalał się bawić. Dopiero, gdy Stefek skończył dziesięć lat, ojciec zaczął wprowadzać go w tajemnice polskiej historii.

Zuzela

Stefan Wyszyński urodził się 3 sierpnia 1901 roku w Zuzeli, wsi położonej na pograniczu Podlasia i Mazowsza. Przez pierwsze osiem lat życia wraz z rodzicami i rodzeństwem zamieszkiwał dom parafialny, gdyż ojciec Stefka – Stanisław Wyszyński – pełnił posługę organisty, pisarza parafialnego i pomagał przy budowie zuzelskiej świątyni. Jego rodzina była średniozamożna, ani bogata, ani biedna – przeciętna, choć z racji funkcji pełnionych przez Stanisława Wyszyńscy żyli w odrobinę wyższych niż inni mieszkańcy wsi standardach. A jaki był mały Stefek? Nie odbiegał w niczym od swoich rówieśników. Potrafił być koleżeński i sympatyczny, ale gdy siostry wyprowadziły go z równowagi, w złości zniszczył im lalki. Później ukrywał się pod fortepianem, bo bał się, że dostanie od ojca karę. Mając do wyboru przechodzenie furtką lub przeskakiwanie przez płot, wybierał tę drugą opcję. Przykład ojca wpłyną jednak na wyzbycie się jego dziecinnych wad. Pan Stanisław był człowiekiem o silnym charakterze. Stawiał dzieciom konkretne wymagania, których nieprzestrzeganie skutkowało poważnymi konsekwencjami. Nie przebierał też w słowach, gdy dzieci nie przykładały się do szkolnych obowiązków. Mawiał nieraz: „Jak się nie będziecie uczyć, to wam kupię świnki i będziecie je paść”. Choć jako ojciec stawiał duży nacisk na dyscyplinę, nie brakowało mu też cierpliwości wobec dzieci, którym starał się wpoić zasady wiary i miłość do Ojczyzny. Stanisław odznaczał się wyjątkowym nabożeństwem do Maryi, przed obrazem której modlił się nieraz po kilka godzin dziennie. Matka – Julianna była natomiast wzorem kobiecej wrażliwości i delikatności. Stefan pisał, że jako dziecko gotów był nabić sobie guza, byle tylko móc siedzieć później na kolanach u mamy. Julianna, choć była prostą kobietą, odznaczała się właściwą także innym zuzelskim paniom mądrością. Pamięć o jej naukach towarzyszyła synowi we wzrastaniu, dojrzewaniu i mierzeniu się z powierzoną mu odpowiedzialnością za losy Kościoła w Polsce. Jej słowa na zawsze utkwiły w jego pamięci, choć mama umarła, gdy miał zaledwie dziewięć lat.

Wybudował most

Kardynał Wyszyński był człowiekiem z pogranicza – sam tak o sobie mawiał. Pochodził z ziemi o trudnej, niejasnej historii, a zarazem ziemi rodzącej kiedyś i dziś ludzi, którzy zasłużyli na to, by o nich pamiętać. Pochodził z pogranicza województw, kultur, diecezji. O św. Janie Pawle II nawet w kulturoznawstwie i naukach społecznych mówi się jako o budowniczym mostów. On był bez wątpienia tym, który, mówiąc w przenośni, zszywał ze sobą różne płótna budując relacje, wchodząc w dialog z ludźmi innych przekonań i wierzeń. Wiemy, że dla dobra Kościoła kardynał Wyszyński zmuszony był do porozumienia z ówczesnym rządem. Nie wynikało to z chęci zysku czy prób współpracy na rzecz systemu komunistycznego. To wynik budowania mostu, przejścia, które umożliwiło praktykowanie religii w kraju, w którym w tamtym czasie zwalczano ją.

Marzenia zapomniane

W kazaniu podczas oficjalnej wizyty w Zuzeli 13 czerwca 1971 roku kardynał mówił, że czasy dzieciństwa pamięta jak przez mgłę. Ucząc się rozeznawać wolę Bożą, dorastający Stefek musiał rezygnować z młodzieńczych marzeń. „Zawsze chciałem być kolejarzem, Pan Bóg miał inny plan” – mówił. Jego życie naznaczone było konsekwentnym podążaniem za tym, co powinien był robić, a nie za tym, czego chciał, choć wypełnianie Bożego planu często nie było ani wygodne, ani łatwe. Uwięzienie, byciem pod ciągłą obserwacją – podsłuchy, otaczający go zewsząd zwiadowcy. To była przemoc, może nie tak dosłowna jak ta, która dotknęła skatowanego i zamordowanego błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszkę czy papieża Polaka, do którego strzelano na placu św. Piotra. W tamtych czasach można się było spodziewać wszystkiego, a mimo to kardynał nigdy nie wyrzekł się wiary. Wbrew nieprzychylności władzy, wbrew uciskom, wbrew niespełnionym dziecięcym marzeniom.

Santo subito

Gdy do domu Ojca odszedł nasz ukochany papież Jan Paweł II, cała Polska zamarła. Na ulicach ustał ruch. Nawet w środowiskach wrogich Kościołowi znać było, że stało się coś, obok czego nie można przejść obojętnie. W telewizji, w której już wcześniej, odkąd stan papieża był ciężki, nie mówiono o niczym innym – na wszystkich kanałach widać było pogrążonych w żałobie wiernych, nie tylko z Polski, lecz także ze wszystkich zakątków świata. Po chwili, w której wszystko ucichło, zewsząd dało się słyszeć najpierw szepty, później głośne wypowiedzi, aż wreszcie skandowane hasła, że papież Polak jest święty. Nie czekano na rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, ani wyniesienie Jana Pawła na ołtarze. Mówiono o nim Santo subito – święty natychmiast. Bo czy świętość Jana Pawła II nie przejawiała się podczas jego życia, gdy studiował, pracował, gdy został kapłanem, biskupem, kardynałem? Czy nie był świętym już wówczas, gdy jako papież przytulał maluchy ciągnące go za sutannę, gdy całował ojczystą ziemię i z tęsknotą patrzył na ukochane górskie szczyty. To, co się stało w nas po jego śmierci, a właściwie po jego narodzinach dla nieba, nie wynika z niezdrowego przywiązania do osoby, wynika z doświadczenia miłości – od ludzkiej do Bożej. A kardynał? Czy on nie był święty natychmiast? Może nie był tak charyzmatycznym mówcą, może tłumy nie szalały za nim tak, jak szalały za św. Janem Pawłem II, może…, ale każdy ma inną drogę, bo przecież ilu świętych, tyle historii. Bóg zna nas lepiej niż my znamy samych siebie i dla każdego ma inny pomysł na świętość. On wie, jak to zrobić, żeby Karol Wojtyła, Stefan Wyszyński, ty i ja, żebyśmy mogli być świętymi. Kiedy św. Jan Paweł II przemawiał, mówiąc w przenośni, drżał świat. Kardynał Wyszyński miał inny sposób bycia, był konkretny, konsekwentny, stanowczy. Czy to źle? Czy do świętości potrzeba nadzwyczajnych znaków? I wreszcie, czy to, co działo się w Polsce, dzięki kardynałowi nie było cudem? Wielka nowenna, odnowienia ślubów Jasnogórskich, gromadzenie się przed wizerunkiem Częstochowskiej Madonny, gdzie do dziś spotykamy się, wyśpiewując „Jestem, pamiętam, czuwam”? Czy to nie wystarczy, żeby zostać świętym? Wystarczy bez wątpienia, bo do świętości nie potrzeba unoszenia się nad ziemią, choć i takie przypadki znamy z opowieści o świętych. Są święci, za pomocą których Bóg dokonywał wielkich cudów, ale są też tacy, którzy po prostu robili swoje – systematycznie, skrupulatnie, bez patosu. Wierzymy w to, że tytuł sługi Bożego jest pierwszym w procesie prowadzącym do ogłoszenia kardynała Wyszyńskiego błogosławionym i świętym, ale dla nas, zuzelaków, łomżyniaków, mieszkańców Podlasia i Mazowsza, wreszcie Polaków i katolików, kardynał już jest świętym, natychmiast, tak jak nasz papież Jan Paweł II jest Santo subito.

Kardynał zapomniany?

Szukając informacji o dziecięcych latach kardynała Wyszyńskiego, przejrzałam kilka publikacji, tekst kazania z wizyty w Zuzeli, fotografie zuzelskiego muzeum przybliżającego wygląd domu, w którym Stefan się wychował. Spotkałam się też z ks. Jerzym Krysztopą – proboszczem parafii w Zuzeli, człowiekiem, który całe serce oddałby byle tylko kardynał został odkryty na nowo. Pytając księdza proboszcza o dzieciństwo, zuzelskie lata i to, co ukształtowało osobowość i charakter kardynała Wyszyńskiego, usłyszałam: „O cokolwiek mnie pani zapyta, ja odpowiem w dwóch zdaniach, a później i tak wciągnę wniosek, że kardynał jest zapomniany”. – Zapomniany? Zdziwiłam się. Dlaczego, pytam. „– Kto, stając przed obliczem częstochowskiego wizerunku Maryi, pamięta, że gromadzenie się na apelu zapoczątkowała modlitwa o uwolnienie kardynała z uwięzienia? Gdyby nie kardynał, Polska wyglądałaby dziś inaczej. Gdyby nie on, gdyby nie Zuzela” – skwitował.

Beata Borkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *