TwitterFacebook

Moja misja trwa nadal

Mam na imię Beata, pochodzę z Zambrowa. Jestem wolontariuszką Wolontariatu Misyjnego Salvator. O misjach marzyłam od dawna. Początkowo w dużej mierze wynikało to z chęci mówienia o Bogu, którego uważałam za kogoś Dobrego, Mądrego, Sprawiedliwego.

Byłam przekonana o tym, że należy Mu się cześć i chwała, że warto Go znać. Nie bez znaczenia na tym etapie było także moje zamiłowanie do podróży i poznawania innych kultur. Jednak dopiero gdy osobiście doświadczyłam Bożej miłości i łaski, jaka płynęła z sakramentów i spotkania ze Słowem Bożym, widząc jak poprzez nie, a także ludzi przepełnionych wiarą, Pan przemienia moje życie, zapragnęłam, by inni także mogli doświadczyć tego co ja. Zdecydowałam się wstąpić do wolontariatu funkcjonującego na terenie mojej ówczesnej parafii, w której posługiwali księża salwatorianie, w Warszawie przy ul. Olimpijskiej 82. Bardzo bliskie stały mi się słowa, które założyciel tego zakonu przyjął jako swoją dewizę: „Dopóki żyje na świecie choćby jeden tylko człowiek, który nie zna i nie kocha Jezusa, nie wolno ci spocząć”. Rozpoczęłam formacje. Każdy, kto chce z ramienia WMS-u wyjechać na misje, powinien co najmniej przez rok brać w niej udział. Dwa lata są wymagane, gdy jest to placówka poza Europą. Co na nią się składa: spotkania regionalne i ogólnopolskie, w czasie których uczestniczymy w Eucharystii, modlimy się Słowem Bożym, trwamy na Adoracji, słuchamy konferencji, działamy na warsztatach. Poza spotkaniami naszym zadaniem jest również zaangażowanie w pomoc środowisku, w którym żyjemy, dawanie świadectwa i pozyskiwanie funduszy niezbędnych dla naszej działalności.

Przez okres 4 lat pracowałam nad swoim charakterem, modliłam się, ale wciąż obawiałam się, czy się sprawdzę. Potrzebowałam tyle czasu, by w końcu dotarło do mnie, że nie muszę być idealna i przygotowana na wszystko już teraz. To Bóg działa i na Jego mocy mam się oprzeć. Jemu zaufać, a On mnie poprowadzi i zatroszczy o wszystko, co będzie potrzebne. Z tego, co nam, co mi nie wychodzi, co jest słabe, małe, niepozorne On może uczynić coś wielkiego. Tak więc gdy to wszystko zrozumiałam, odważyłam się, by spełnić swoje marzenie. Złożyłam podanie i po rozmowie z ks. Markiem SDS, jednym z naszych opiekunów, dostałam zgodę na wyjazd. Dnia 3 maja 2017 r. z rąk ks. Piotra Filasa, który był wówczas prowincjonałem salwatorianów, otrzymałam krzyż misyjny. Wraz z 4 innymi wolontariuszami miałam pełnić posługę w Kościele w Bilaj w Albanii. Musiałam jeszcze tylko dostarczyć zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia, zebrać fundusze i materiały do pracy z dziećmi, spakować plecak i pożegnać się z rodziną. Rozmowa z bliskimi była chyba dla mnie najtrudniejszym elementem przygotowań. Rodzice i rodzeństwo byli pełni obaw i nie chcieli, bym opuszczała kraj, nawet na kilka tygodni. Nie mogli zrozumieć, dlaczego nie mogę zostać w ojczyźnie i tu działać. Nie zmieniłam zdania. 15 sierpnia 2017 r. zaczęłam działać na rzecz albańskiej wspólnoty. O tym, jak wielkie są potrzeby w tym kraju i o szczegółach naszej działalności, można przeczytać m.in. na naszej stronie: internetowej wms.sds.pl, a także w innych artykułach. Opowiem Wam historię, która wywarła na mnie największe wrażenie i utwierdziła w przekonaniu, że choć czasem było trudno, to warto wyruszyć w drogę.

Pewnego dnia ok. godz. 16 jak zwykle w tygodniu padre Wojtek SDS zabrał mnie oraz drugą wolontariuszkę Martę do pobliskiej Murqiny, gdzie miałyśmy prowadzić zajęcia dla dzieci. Po modlitwie na rozpoczęcie okazało się, że dzieci postanowiły w ogóle nie przejmować się tym, co mamy dla nich zaplanowane i każde zajęło się sobą. Doszłam do wniosku, że dopóki dzieci dobrze się bawią, można im na to pozwolić. Na przeprowadzenie zajęć jeszcze będzie pora. Jakiś czas później podeszła do mnie dziewczynka i zapytała, czy nie pobawię się z nią klockami Jengi. Zawahałam się, miałam przecież zajmować się całą grupą, ale gdy zobaczyłam, że dzieci nadal są pochłonięte zabawą, zgodziłam się. Zaczęłyśmy układać. Nie minęło wiele czasu, gdy padło pytanie: „Czy lubisz tę grę?”. Odpowiedziałam, że tak. Wróciłyśmy do gry. Kolejnych kilka drewienek zmieniło miejsce i dziecko powiedziało: „Grałam w tę grę z tatą”. Nie mówiłam nic, zastanawiając się, do czego te wypowiedzi zmierzają. Jeszcze kilka klocków zostało przełożonych i usłyszałam: „Mój tata mnie nienawidzi. Powiedział, że nie jestem jego córką”. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Co można powiedzieć w takiej chwili. Jedyne co mi przychodziło wtedy do głowy, to po prostu z nią być.

To spotkanie uświadomiło mi, że czasem warto zrezygnować z superplanów. Zostawić swoje „stadko owieczek”, by poświęcić czas dla tej jednej, która tego w tym momencie potrzebuje. Ucieszyć się jej obecnością. Dać odczuć, że jest ważna i kochana. My byliśmy tam przez kilka tygodni, ale jest Ktoś, Kto jest zawsze. Na koniec naszej posługi oprócz przyborów szkolnych i gniotków przez nas zrobionych, przygotowaliśmy także kartki z cytatem z Pisma Świętego: „Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata”. Czy może być coś piękniejszego niż to, że zawsze jest z nami Bóg, który niezależnie od wszystkiego nas kocha i stoi po naszej stronie i uczyni dla nas wszystko, co tylko będzie dla nas dobre.

5 tygodni w Albanii – był to dla mnie zarówno piękny, jak i trudny czas. Czas, w którym nie tylko dzieliłam się wiarą i tym, co dobre, ale także zostałam obdarowana prezentem miłości, zaufania, radości, wiary i obecności tak Boga, jak i ludzi. Choć wyjechałam, a raczej odpłynęłam z tego kraju 20 września, moja misja trwa nadal. Jeżeli ty także chciałbyś podjąć wyzwanie, napisz do nas: wmsalvator@gmail.com.

Beata Ponichtera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *