RN
TwitterFacebook

Stworzeni do szczęścia

Błogosławieństwa są wezwaniami do szczęścia. A szczęście przecież nie jest błogostanem, biernością, spoczynkiem. Przeciwnie, jest samą głębią aktywności, dzielności, mocy. Wezwania Chrystusa mają dokonać w nas przemiany nie przez rezygnację ani pogodzenie się ze złem, ale przez przejście w rzeczywistość, gdzie liczą się tylko wartości rzeczywiste, a nie ich pozory. Doskonale pokazuje to postać Prymasa Tysiąclecia, dla którego spotykające go cierpienia i trudności nie stały się nigdy powodem do płaczu czy narzekania, ale drogą do głębszego przylgnięcia do Chrystusa.

Błogosławieństwa, jakimi Chrystus obdarza ubogich, płaczących, prześladowanych, mogłyby wydawać się błogosławieniem bierności, ślamazarności, ponuractwa i umysłowej przeciętności. Dzisiaj ceniona jest siła, energia, zdobywczość. I za czasów Chrystusa było podobnie. Społeczeństwo nagradza uznaniem to, co efektowne, głośne, zaradne, sprytne, „awangardowe”. Lecz te uznawane wartości nie zawsze są wartościami prawdziwymi. Przeciwnie, często są fikcyjne. I właśnie błogosławieństwa ukazują pozorność uznawanych wartości, które ogólnie wydają się pożądane. Jak uczniowie ewangeliczni dowiadujemy się dzisiaj od Niego, że trzeba zdobyć się na poruszenie z miejsca i zmianę uznawanej hierarchii wartości. Chrystus nie mówi: „bądź ubogi, bądź płaczący, bądź cichy”. Jest On daleki od formułowania takich „reguł”. Powiada, że błogosławieństwa są wezwaniami do przezwyciężania stanów i uczuć w tych sytuacjach życiowych, które traktowane są zwykle jako negatywne.

„Błogosławieni płaczący.” Chrystus według Ewangelii płakał dwa razy. Nad grobem Łazarza i nad Jerozolimą. Raz nad człowiekiem. Drugi raz nad dziełem człowieka. Bóg płaczący nad dolą człowieka, nad całą jego wielkością i nad całym jego dramatem. „Błogosławieni płaczący”, a nie ci, „którzy się mażą”. Czułostkowość, rozczulanie się i litość są tylko bękartami wrażliwości, czułości i współczucia… To błogosławieństwo nie jest apologią ciągłego popłakiwania… ale to także wołanie o rachunek sumienia i naszą postawę wobec tych, którzy z różnych powodów płaczą. Mówi się, że to właśnie ich oczyma płacze Bóg. „Błogosławieni płaczący” – może chodzi o współczucie, czyli aby „czuć wspólnie”.

Jak stać się szczęśliwym?

„Błogosławieni” – z Ewangelii św. Mateusza lub św. Łukasza – często tłumaczone jest jako „szczęśliwi” (bo czyż nie znajdują się bliżej sensu życia?). Przecież zostaliśmy stworzeni do szczęścia! Ale to przecież paradoks! Jak można być szczęśliwym, płacząc? Przecież dzisiaj wszystko robimy, aby odsunąć smutek. Ludzie chcą swej pomyślności nawet na siłę. Z daleka omijają łzy przygnębienia. Robią wszystko, by znieczulić ból, zneutralizować cierpienie. Czy błogosławieństwo łez nie zostało postawione na głowie? Jaki ma ono sens dla normalnych zjadaczy chleba? Błogosławieństwo „smutku-łez” jest z pewnością akceptacją autentycznych reakcji emocjonalnych. Przeciwstawia się lansowaniu „chrześcijańskiej radości za wszelką cenę”. Jest oparciem dla przygnębionych, ich obroną przed nachalnym przymusem radości. Mamy „płakać z płaczącymi”! Oczywiście chodzi tu o łzy z prawdziwego, głębokiego żalu. Z drugiej jednak strony trzeba pamiętać, że chrześcijanin jest właściwie zobowiązany do radości. Bo przecież skoro Bóg mnie kocha, skoro żyję z Nim w przyjaźni, skoro zawsze mogę na Niego liczyć, skoro obiecuje mi szczęście (już tu na ziemi; a potem w pełni w wiecznej ojczyźnie) – a On skoro obiecuje, to słowa dotrzymuje – to w takim wypadku mamy powód niezwykle poważny do autentycznej radości, której nikt nam nie zdoła odebrać! Ale trzeba tę radość umieć pokazywać, trzeba nią zarażać innych ludzi: tak bardzo smutnych, przygnębionych, może załamanych. Musimy być apostołami radości. I tutaj nie ma taryfy ulgowej. Oczywiście, że nie chodzi o jakąś głupią wesołkowatość bez żadnego wyczucia, ale o wewnętrzną radość, którą inni mają odczytywać z mego życia – mam być nauczycielem radości.

Czy Prymas płakał?

Kardynał Wyszyński miał nie mało powodów do tego, aby płakać. Począwszy od wielokrotnych i fałszywych oskarżeń o działania wymierzone przeciwko władzy w Polsce, przez podsłuchy, śledzenia itd. Jeszcze podczas obrad Soboru Watykańskiego II analitycy SB, w celu skompromitowania kard. Wyszyńskiego, zlecili zespołowi księży współpracujących z resortem przygotowanie memoriału teologicznego dotyczącego „wynaturzeń” kultu Maryjnego w Polsce. Przetłumaczony na język łaciński, francuski i włoski anonimowy dokument rozkolportowano wśród ojców soborowych, a następnie w formie broszury rozrzucano przed Bazyliką św. Piotra w Rzymie, oraz w Berlinie, Paryżu, Monachium i Londynie. W 1968 r. przesłano do kilkunastu dostojników watykańskich dokument pt. „Historia się powtarza” oraz fotografie insynuujące niejasne powiązania między prymasem a Marią Okońską i innymi „ósemkami” z Prymasowskiego Instytutu Ślubów Narodu na Jasnej Górze. 5 lutego 1949 r. na drodze przejazdu prymasa Wyszyńskiego do Wrześni rozciągnięto stalową linę, umocowaną do drzew na wysokości szyb samochodowych. Prymas na szczęście pojechał inną trasą, a na linę wpadł samochód ciężarowy. Posługując się szeptaną propagandą, UB rozpowszechniało plotkę, że nowy prymas jest krewnym prokuratora generalnego ZSRR Wyszyńskiego. Jak musiał czuć się człowiek, który był świadom tego, że ma przeciwko sobie potężny aparat, zdolny posunąć się do wszystkiego? Nigdy z ust Prymasa Tysiąclecia nie popłynęło słowo o nienawiści czy nawoływanie do jawnego przeciwstawienia się tym, którzy byli pomysłodawcami i wykonawcami całego pomysłu zniszczenia prymasa. Świadkowie jego życia, którzy po latach wspominają swoje z nim spotkania, zawsze zaznaczają, że był to człowiek, od którego aż biło szacunkiem, miłością i zrozumieniem dla drugiego.

Błogosławieni cisi, czyli siła Prymasa

Niełatwo jest mówić o cichości po różnych filozofach, którzy głosili pochwałę gwałtu. Na skutek rozmaitych wpływów przyjęto stawiać znak równości między siłą i mocą a gwałtem, i między łagodnością a słabością. Ewangeliczny paradoks polega na twierdzeniu, że właśnie łagodność jest pełna mocy, że prawdziwa moc jest łagodna, a nie gwałtowna…. Cichość oznacza niezadawanie gwałtu innym. Chrześcijanin nie przymusza, nie narzuca poglądów, struktur, myśli, woli. Gwałtowny jest tylko wobec siebie samego… To także cnota, która uczyniła kard. Wyszyńskiego błogosławionym, czyli szczęśliwym. Tak po ludzku czy nie miał prawa do złości a nawet oburzenia, gdy dowiedział się, że episkopat uległ naleganiom władz komunistycznych i w 1950 r. podpisał porozumienie z rządem, w którym obiecał, iż „zwalczał będzie zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej”. Czyż nie miał prawa do oburzenia, gdy wydało się, że siostra zakonna, która razem z nim i ks. Skorodeckim, przebywała w Stoczku Warmińskim i Prudniku Śląskim? Po ludzku miał, ale wiemy dobrze, że nigdy nie doprowadziło to do wrogości czy nienawiści ze strony Prymasa Tysiąclecia. Nie był to także wyraz słabości i braku odwagi, ale dowód na życie Ewangelią w stopniu heroicznym. To dowód na to, że Chrystusowe błogosławieństwa to program życia i działania.

Propozycja dla nas

„Błogosławieni cisi” – propozycja dla świata od zaraz. Świata, który jest głośny, uwikłany w rozwiązania siłowe. Jedno państwo pokrzykuje przeciwko drugiemu. Głośno przestrzega lub grozi. Głośno straszy. Inne państwa stosują siłę i przemoc. Dążą, aby narzucić im swoje myśli, swoje systemy, swoje porządki. Ale to nie tych ludzi dotyczy owo błogosławieństwo. Historia uczy, że im większa była przemoc, im głośniejsze pokrzykiwanie, im większy terror, tym krótsze było ich panowanie…

„Błogosławieni cisi” – wezwanie skierowane wszędzie tam, gdzie jedno narzuca poglądy drugiemu: mąż żonie, żona mężowi, brat siostrze, przyjaciel przyjacielowi. Narzuca zwyczaje, sposób myślenia, zachowania, postępowania. Narzuca awanturą, szantażem, groźbą. Propozycja Jezusa jest inna – bądź cichy cichością, jaka wypływa z serca. Niech ono także nie będzie zbyt głośne i krzykliwe.

Może dziwić ewangeliczne „błogosławieni cisi”. Dobrze wiemy, że raczej nie cisi zdobywają ziemię. Ale dziwi to błogosławieństwo tylko wtedy, gdy nie zrozumiemy do końca jego sensu. Cichy to ten, kto wie, że jest słaby i grzeszny; ale wie również, że ważniejsze jest „być” niż „mieć”. Cichy to ten, kto jest gotów cierpieć dla sprawy. Cichy to ten, kto zamiast władać, chce służyć. Cichy to ten, kto wie, że sam z siebie niewiele może, ale może wszystko w Tym, który go umacnia.

Marcin Szczepański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *