RN
TwitterFacebook

Zjawisko wypalenia (nie)zawodowego w toku zmian cywilizacyjnych

W czwartek 5 marca 2020 r. w Wyższym Seminarium Duchownym w Łomży odbyła się Ogólnopolska Konferencja Naukowa pt. „Przemiany społeczeństwa polskiego”. Jednym z poruszanych wątków było wypalenie zawodowe, czy wręcz życiowe. Z dr hab. Jolantą Łodzińską, prof. UKSW, wicedyrektor Instytutu Nauk Socjologicznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i kierownikiem Katedry Socjologii Zdrowia i Pracy Socjalnej, rozmawiał Paweł Dąbkowski.

Wypalenie życiowe, zmiany cywilizacyjne… o co chodzi?

Podczas Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej „Przemiany Społeczeństwa Polskiego” poruszyłam problem wypalenia, mając na myśli nie tylko wypalenie zawodowe, ale wręcz życiowe będące efektem gwałtownego postępu technicznego, eksperymentów medycznych budzących wiele kontrowersji, szumu informacyjnego, relatywizacji wartości, deprecjacji autorytetów, podważeniu wartości rodziny, przeciążeniami obowiązkami zawodowymi, postępującej sekularyzacji w toku zmian cywilizacyjnych.

Często używamy sformułowania „wypalenie zawodowe” w odniesieniu do pracowników. A przecież chodzi o coś znacznie bardziej skomplikowanego. Żyjemy w świecie ponowoczesnym, świecie „wyprodukowanego ryzyka” – jak mawiał Piotr Sztompka – i płacimy za to ogromną cenę. Rozwój cywilizacyjny i postępujące w przeciągu ubiegłego wieku zmiany spowodowały, że współczesny człowiek jakby nie nadążą za postępem cywilizacyjnym. Jesteśmy przebodźcowani, często nie jesteśmy w stanie przetworzyć nadmiaru informacji napływających ze świata zewnętrznego. Taki stan powoduje chroniczne zmęczenie, brak energii życiowej, dezorientację…. Do czynników stresogennych cywilizacyjnych zaliczyć możemy: zagrożenia przedindustrialne, zagrożenia industrialne, zagrożenia poindustrialne, kryzysy cywilizacyjne o podłożu przyrodniczym, historycznym, technicznym czy religijnym, gwałtowny postęp techniczny i technologiczny, proces globalizacji, której trudno kontrolować przebieg, proces sekularyzacji, dewaluacja systemów wartości, stereotypy społeczne. Kolejne frustrujące przyczyny towarzyszące zjawisku wypalenia zawodowego to czynniki: ekonomiczne, organizacyjne, indywidualne oraz interpersonalne.

Kto jest najbardziej narażony na takie wypalenie? Osoby publiczne? Ludzie podejmujący odpowiedzialne decyzje? Czy są w ogóle kryteria, choćby wiekowe?

Tak naprawdę mamy równe szanse, oczywiście osoby publiczne lub wykonujący zawód zaufania społecznego, jak np. m.in. lekarze, pielęgniarki, policjanci, nauczyciele dodatkowo podlegają nieustannej ocenie przez społeczeństwo. Taki stan rzeczy może powodować frustrację, ponadto praca w pośpiechu, w porze nocnej, na zmiany nie sprzyja normalnemu funkcjonowaniu. Także nieadekwatne wynagrodzenie w stosunku do wykształcenia, zagrożeń zawodowych oraz odpowiedzialności jest czynnikiem wysoce stresogennym. Tak jak i brak perspektyw na awans, mimo własnych nakładów w rozwój. Wysoki poziom negatywnych emocji łączy się z obniżonym samopoczuciem oraz niezadowoleniem z życia zawodowego i rodzinnego. Osoby te są szczególnie podatne na doświadczenie stresu w pracy. Silne negatywne emocje mogą być sygnałem wskazującym na zjawisko wypalenia zawodowego. Ale także osoby niepotrafiące stawiać życiowych granic, niewystarczająco asertywne są bardziej predysponowane do wypalenia się. Jeśli mówimy o kryteriach wiekowych, badania, które przeprowadziłam w 2017 r. na grupie 2384 podlaskich pielęgniarek, wykazały, iż osoby starsze, z większym stażem pracy oraz zatrudnione na umowę-zlecenie stanowią grupę, która prezentuje najwięcej objawów związanych z wypaleniem. A jeśli do tego dodamy otaczającą rzeczywistość współczesnego świata, niepewność, nieprzewidywalność, płynność, to nietrudno o fatalne skutki dla grup zawodowych bądź jednostek. Osoby zainteresowane omawianą problematyką odsyłam do mojej publikacji „Zjawisko wypalenia zawodowego. Studium socjologiczne na przykładzie pielęgniarek w województwie podlaskim”, Wydawnictwo Naukowe UKSW, Warszawa 2018.

Zdaje się, że najważniejsze przestrzenie naszego życia to praca i dom. Powinniśmy je maksymalnie oddzielać?

Stres zawodowy jest na tyle ciężkim przeżyciem, że odciska swe piętno na relacjach rodzinnych, społecznych, rzutując negatywnie na życie prywatne. Gdyby można było tak łatwo oddzielić te sfery życia, zapewne zjawisko wypalenia nie miało by miejsca. Problem polega często na braku balansu między pracą a życiem rodzinnym. Podobnie jak w organizmie człowieka, kiedy zabraknie równowagi, cały ustrój choruje. Przykładem jest grupa zawodowa pielęgniarek. Wspomniane badania na grupie pielęgniarek wskazują, iż ponad połowa badanych stwierdza, że stres w miejscu pracy wpływa niekorzystnie na życie prywatne, zaznaczając wariant odpowiedzi zdecydowanie „tak” oraz „raczej tak”. Z kolei 28,4% stwierdza, że takiego wpływu „raczej nie ma”, zaś 4,6% badanych udzieliło odpowiedzi, iż stres zdecydowanie nie oddziałuje na życie prywatne. Natomiast 14,4% osób nie ma zdania na ten temat. Bardzo istotne jest, aby potrafić w życiu wyznaczać odpowiednie granice oraz zachować właściwe proporcje pomiędzy pracą a życiem osobistym. Przenoszenie problemów zawodowych na sferę życia rodzinnego, czyli niejako „przedłużenie czasu pracy”, nieuchronnie prowadzi do zachwiania równowagi pomiędzy tymi obydwoma rzeczywistościami. Pojawiające się konflikty w rodzinie, ciągłe rozdrażnienie i zdenerwowanie, wzmagające się zmęczenie fizyczne i psychiczne, obciążenie nadmiarem obowiązków rodziny, wreszcie bezsenność oraz problemy zdrowotne – to tylko niektóre skutki stresu zawodowego, które manifestują się w życiu prywatnym środowiska pielęgniarskiego. Świadczą one o coraz większym zablokowaniu komunikacji między jednostką a otoczeniem.

Trudno oddzielić wypalenie zawodowe od innych sfer naszego życia?

Wypalamy się wieloaspektowo. Powtórzę raz jeszcze – dociera do nas zbyt wiele bodźców, zbyt wiele obowiązków na siebie bierzemy. Odwołam się do Ulricha Becka, który wielokrotnie podkreślał, że jesteśmy „społeczeństwem ryzyka”, „społeczeństwem katastrof”. Publikacja Becka „Społeczeństwo światowego ryzyka” wpisuje się w nurt pozycji poświęconych analizie funkcjonowania społeczeństwa nowoczesnego w warunkach szeroko dystrybuowanego ryzyka. Coraz bardziej oczywiste jest, iż współczesny świat, a jak go nazywa Ulrich Beck – globalne społeczeństwo ryzyka, staje się coraz bardziej niepewny i nieprzewidywalny. Ludzkość zawsze podlegała różnego rodzaju zagrożeniom, chociażby tym przedindustrialnym związanym z siłami natury. Jaka jest różnica między żywiołami a niebezpieczeństwami świata współczesnego? Zagrożenia naturalne spływają na nas z zewnątrz. Mamy znikomy wpływ na ich wystąpienie. Tsunami, kwaśne deszcze, trzęsienia ziemi, epidemie mają działanie niejako zrównujące. Dotykają zarówno biednych, jak i bogatych, polityków czy zwykłych obywateli. Owszem, wynaleźliśmy aparaturę mogącą z dużą dozą prawdopodobieństwa przewidzieć groźne zjawiska, ale kiedy już ono nastąpi, jesteśmy często bezbronni. W „Społeczeństwie światowego ryzyka” Beck podkreśla, iż ryzyko nie zna granic, autor obserwuje postępującą globalizację ryzyka cywilizacyjnego, co przedstawia lakonicznie w ten sposób: „bieda jest hierarchiczna, smog jest demokratyczny”. Czyli w zjawisku dotyczącym ryzyka globalnego każdy jest zagrożony. Nie ma więc możliwości limitowania demokratyzacji ryzyka.

Domyślam się, że druga kategoria zagrożeń dotyczy tych związanych z epoką przemysłową.

Ryzyka epoki przemysłowej są najbardziej zbliżone do klasycznego rozumienia ryzyka oznaczającego prawdopodobieństwo wystąpienia straty o określonej wielkości, którym posługują się np. firmy ubezpieczeniowe. Przykładem mogą być kolizje drogowe, choroby spowodowane paleniem tytoniu czy wypadki w pracy. Żyjemy w świecie globalizacji. Jego cechą jest nieprzewidywalność, płynność. Ponadto postępująca sekularyzacja sprawia, że współczesny człowiek staje się coraz bardziej samotny a wręcz wyalienowany. Potrzeba określenia naszych czasów od nowa wynika z szybkości zmian zachodzących we współczesnym świecie. Oceniając charakter zmian, należy zdać sobie sprawę z zysków oraz strat. Dotyczą one niemalże każdej dziedziny życia. Ludzie coraz szybciej komunikują się ze sobą, coraz szybciej przemieszczają się, coraz częściej korzystają z postępu technicznego. Ale należałoby zadać pytanie: „Czy nie zatracają podstawowych wartości życia codziennego?”.

Co w takim razie zrobić? Przecież nie możemy zrezygnować ani z komunikacji, ani z przemysłu?

Uważna i krytyczna obserwacja współczesnej rzeczywistości, uświadamia nam, że cywilizacja, w której żyjemy, weszła w nową fazę swoich dziejów. Nie chodzi tu jedynie o gwałtowne przemiany we wszystkich niemal dziedzinach ludzkiego życia, ale o fundamentalne przewartościowania, jakie dokonują się na naszych oczach. W konsekwencji coraz więcej ekspertów z różnych dyscyplin wiedzy zgadza się ze twierdzeniem, że w drugiej połowie XX-tego wieku zakończyła się epoka modernizmu i nowoczesności, która w dziedzinie myślenia charakteryzowała się dążeniem do precyzyjnego, racjonalnego, naukowego poznania obiektywnej rzeczywistości, a w dziedzinie działania charakteryzowała się dążeniem do osiągnięcia wysokiej skuteczności i efektywności we wszystkich podejmowanych przedsięwzięciach. Nowe tendencje określane są zwykle mianem postmodernizmu albo ponowoczesności. Gdybym znała odpowiedź na to pytanie, udzieliłabym złotej wskazówki. Każdy z nas musi poszukać w sobie rozwiązania, z tego powodu, że każdy z nas ma inne dążenia, inne predyspozycje, inne reakcje na otaczający świat, odmiennie reagujemy na czynniki stresogenne. Z pewnością powinniśmy zmniejszyć ilość przyjmowanych bodźców, stawiać sobie realne cele, zachować balans między życiem zawodowym a rodzinnym, stawiać sobie limity, umiejętnie korzystać z dobrodziejstw technicznych (Internet, telefon komórkowy, TV). Nieprzewidywalność ryzyka powoduje, że czasami nie można domniemywać, kiedy i z której strony można spodziewać się zagrożenia. Niekiedy jednak ryzyko staje się swoistym wyborem człowieka, chociażby palenie papierosów mimo ostrzeżeń przed ich stosowaniem, nadużywanie alkoholu, przyjmowanie dopalaczy, narkotyków, gry hazardowe itp. Tylko zdaje się, że człowiek zapomina, iż każdorazowo dokonując wyboru musi liczyć się z konsekwencjami.

Wydaje się, że nie jesteśmy w stanie przetworzyć tylu informacji.

Owszem, a tych ciągle przybywa. Proszę tylko włączyć telewizor na którymkolwiek kanale informacyjnym. Jest tam co najmniej jedenaście bodźców, którym podlegamy w jednym czasie. Trzy lub cztery paski w różnych kolorach z napisami, do tego godzina i informacja o pilnych wiadomościach. Wskazany jest również wiek, od którego możemy oglądać dany materiał. Mamy też logo kanału, obraz i fonię i inne. Mówimy zaledwie o kanale telewizyjnym, co z portalami społecznościowymi itd.? A przecież to tylko wierzchołek góry lodowej. Ile przeciętny człowiek jest w stanie każdego dnia przyjąć bodźców i ich przetworzyć? Zaryzykuję tezę, iż nasi dziadkowie być może w ciągu kilku miesięcy nie przetworzyli tylu informacji, ile my musimy przetworzyć w swoim umyśle każdego dnia. Żyli oni w świecie modernistycznym, my zaś egzystujemy u schyłku odchodzącego postmodernizmu, kiedy to ilość i różnorodność zaczynają nas przytłaczać, a nasz codzienny, zdroworozsądkowy umysł nie zawsze radzi sobie z nadmiarem informacji. Ponadto życie w zagrożeniu związanym z siłami natury, przemysłem i rozwojem technologicznym, z pracą zawodową nie daje nam poczucia bezpieczeństwa. Przywołam w tym miejscu Anthonyego Giddensa, który w „The consequens of modernity” mówiąc o ryzyku późnej nowoczesności zaznacza, iż profil ryzyka zmienia się w istotny sposób zarówno w sensie obiektywnym jak i subiektywnym. Obiektywnie – następuje globalna ekspansja ryzyka, które coraz częściej dotyka milionów ludzi na całym świecie, np. krach giełdowy, efekt cieplarniany, ataki terrorystyczne – to zdarzenia, których efekty terytorialne są nieograniczone. Ryzyko ulega uniwersalizacji. Przekracza tradycyjne różnice klasowe czy warstwowe. Zagraża w takim samym stopniu biednym i bogatym, politykom i zwykłym obywatelom, gwiazdom i ludziom z marginesu. Nie można się przed nim ustrzec mając nawet wielkie pieniądze, władzę czy prestiż. W wymiarze subiektywnym wg. Giddensa profil ryzyka oznacza zwiększoną percepcję oraz świadomość zagrożeń. Wiąże się to z szerokim dostępem np. do mass-mediów tj. TV, Internetu, prasy – dla których epatowanie grozą i pokazywanie w nadmiarze katastrof, wypadków czy epidemii – jest metodą zwiększania komercyjnej atrakcyjności. Z drugiej zaś strony, większe poczucie ryzyka wynika ze zmniejszonej roli obecnych dawniej remediów psychicznych czy też mechanizmów obronnych, np. chociażby wiary religijnej. Wspomniana wcześniej sekularyzacja powoduje, że współczesny człowiek czuje się zagubiony. Jak podkreśla ks. prof. Janusz Mariański: „Społeczeństwa europejskie stają się coraz bardziej zsekularyzowane, nawet jeżeli zachowują jeszcze chrześcijańską fasadę. Sacrum jest eliminowane zarówno z życia społecznego, jak i z wytworów kulturowych. Wraz z oświeceniową nowoczesnością i modernizacją społeczną pojawiła się w Europie – jakby nieuchronnie – sekularyzacja, rozumiana zarówno jako utrata przez instytucje religijno-kościelne wpływu na społeczeństwo, jak i jako zmniejszenie wiarygodności religijnych wyjaśnień i interpretacji w świadomości ludzi wierzących”. I chciałoby się w tym miejscu zapytać: Quo vadis współczesny człowieku?

Jak zatem mamy wypośrodkować, czy znajdujemy się w stanie zagrożenia tak wielkiego, jak próbuje się nam to przedstawić?

Właśnie na tym polega trudność. Wsiedliśmy do pociągu globalizacyjnego. To maszyna rozpędzona do granic możliwości. Jedni wsiedli świadomie, inni zostali niejako wciągnięci. Wyskoczenie z tego pociągu mogłoby pociągnąć za sobą konsekwencje. Pozostaje nam jedno. Każdy musi indywidualnie szukać swojej drogi, musi odnaleźć się w nowoczesności z całym bagażem swoich doświadczeń, cech osobowości czy swojego światopoglądu. Gwałtowny rozwój techniczny stał się dla nas błogosławieństwem z jednej strony i przekleństwem z drugiej. Wystarczy spojrzeć, co dzieje się z młodym pokoleniem owładniętym chęcią posiadania. Telefony komórkowe służą w najmniejszej mierze do dzwonienia, to mobilne sklepy, stacje pogodowe, mapy, źródło informacji itd. Niewzięcie komórki do pracy, szkoły powoduje, że człowiek staje się często nerwowy, czy przypadkiem nikt do niego nie dzwonił, nie zostawił ważnej informacji. Coraz młodsi uzależniają się od używania telefonów komórkowych i treści, które tam znajdują. Kolokwialnie rzecz ujmując telefony komórkowe zbliżają nas do tych, którzy są daleko a oddalają od tych, którzy są blisko i w realu nas potrzebują. Telefon komórkowy to prawie nieodłączna część dzisiejszej rzeczywistości. W domu, w autobusie, w metrze, w restauracji, na ulicy można coraz częściej zaobserwować ludzi wpatrzonych w smartfony. Nie wspomnę o wypadkach spowodowanych przez używanie smartfonów np. podczas prowadzenia pojazdu czy nawet przechodzenia przez przejście. Ponadto współczesny człowiek każdego dnia zmuszany jest dokonywać wyborów z całej gamy ofert, wiadomości, często odmiennych informacji, poleceń. Powoduje to także frustracje, dyskomfort psychiczny oraz nierzadko konflikty wewnętrzne ale także interpersonalne. A telefony to jedna z wielu atrakcji współczesnego świata. Nie twierdzę, że są niepotrzebne, wręcz przeciwnie, ale nie mogą stać się bożkiem, któremu codziennie oddajemy godzinami cześć.

Gdzie jest problem? Przecież to nie jest wina telefonu.

Oczywiście, że nie, tak jak nie jest winą alfabetu, że ktoś używa np. niecenzuralnych słów. Problem tkwi w ludzkiej psychice. Uzależnienia behawioralne inaczej czynnościowe trudne są do zdiagnozowania oraz do leczenia. Osoba uzależniona powtarza określone zachowania pomimo ich wyraźnej szkodliwości dla jej codziennego funkcjonowania w różnych sferach życia (zawodowej, rodzinnej, zaniedbywanie innych źródeł zainteresowań). Nadmienię, iż pojęcie uzależnienia czynnościowego po raz pierwszy wprowadził austriacki psychoanalityk Otto Fenichel w 1945 roku w swoim dziele „Teorie psychoanalityczne neuroz”. Powinniśmy mieć świadomość, iż rzeczy mają nam służyć a nie my im. Mamy być wolni, a nie działać pod przymusem. Proszę tylko nie wziąć do pracy telefonu komórkowego… Chodzi o żądzę nowych bodźców i doświadczeń, to nas gubi. Tutaj antidotum stanowi umiar i zdrowy rozsądek. Żeby stworzyć relację z drugim człowiekiem, należy z nim po prostu z nim być, rozmawiać. Ponadto wszechobecna reklama wyzwala w nas chęć posiadania wciąż nowych rzeczy, niejako wmawia się nam, że czegoś potrzebujemy lub jesteśmy tego warci. Komputer kupiony dziś, w niedługim czasie jest już stary, niewydolny, nie przetwarza wszystkich danych itp. Telefony – wciąż nowe modele. Coraz wymyślniejsze gadżety….. Czy posiadanie przedmiotów materialnych może stanowić o naszej wartości? Chcemy wciąż więcej, szybciej, nowocześniej. Musimy więc na to pracować. I tak każdego dnia jak chomiki kręcimy się w koło, tylko końca nie widać, każdego ranka stajemy w bloki startowe i ruszamy do biegu mijając po drodze różne przeszkody, niebezpieczeństwa, jednym się udaje innym nie. Mnogość zagrożeń, złożoność systemów, relatywizacja wartości, płynność, nieprzejrzystość, niepewność to tylko niektóre cechy późnej nowoczesności. Przed jednostką stoi niebywale trudne zadanie. Musi mieć pełną świadomość co do istoty zagrożeń od tych globalnych (czego niestety doświadczamy w obecnym czasie) do lokalnych, a na jednostce skończywszy.

Jak rozpoznać, że zbliża się wypalenie życiowe? Po czym je rozpoznać?

Symptomów jest naprawdę dużo i są one indywidualne i zróżnicowane. Zależne są one także od czynników społeczno-demograficznych. Są to według Christiny Maslach i Michael Leitera zarówno elementy związane z osobą pracownika, jego osobowością, sposobem funkcjonowania w środowisku pracy oraz elementy związane z organizacją, zwłaszcza jej kulturą, w tym z systemem motywowania, sposobem organizowania pracy, dominującymi stylami kierowania. Na gruncie polskim szerokie badania w zakresie wypalenia zawodowego prowadziła Helena Sęk. Człowiek może być apatyczny, bez energii i chęci do rozpoczynania dnia. Wkrada się m. in. również rozdrażnienie i znerwicowanie, bezsenność, apatia, mogą też wystąpić bóle głowy, brzucha, rozstrój żołądka, chroniczne zmęczenie i osłabiona odporność organizmu. Ponadto pojawia się brak empatii, utrata motywacji, lek, stany depresyjne czy różnego rodzaju natręctwa. Dochodzą do tego, ale już jako konsekwencje zaburzone relacje rodzinne, kłótnie, brak cierpliwości, podejrzliwość. Powtarzam – symptomów jest mnóstwo, u każdego manifestują się w odmienny sposób. We wspomnianych przez ze mnie badaniach pielęgniarek w województwie podlaskim, okazało się, że większość środowiska pielęgniarskiego stanowią osoby wypalone zawodowo, jednak objawy były przeróżne. Ważne jest, aby poznać siebie, swoje reakcje, swoje potrzeby. Kluczem do sukcesu może okazać się asertywność, umiejętność radzenia sobie w sytuacjach trudnych. Rzeczywistość, w której żyjemy jest trudna, ale nie możemy wpadać w panikę. Nie możemy zamartwiać się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Należy umieć znaleźć czas na relaks, na wypoczynek, ważny jest balans pomiędzy życiem rodzinnym a zawodowym. Umiejętność korzystania ze zdobyczy cywilizacyjnych, umiar oraz stawianie sobie granic w wielu aspektach życia codziennego to tylko niektóre działania, które jesteśmy w stanie spełnić.

A jak ma się do tego duchowość?

Panie Redaktorze, bardzo dziękuję za to pytanie. Szczególnie w obliczu aktualnej sytuacji panującej na świecie. W jednym z artykułów ks. prof. Marek Dziewiecki jakże pięknie podkreślił walor duchowości, pisząc, iż: „rozwój duchowy jest ważniejszy niż zdrowie, wykształcenie czy status społeczny, gdyż człowiek pusty duchowo nie wie, kim jest ani po co żyje…. Dzięki duchowości człowiek potrafi zająć świadomą i odpowiedzialną postawę wobec samego siebie, wobec drugiego człowieka, wobec Boga i świata. Tylko człowiek duchowy potrafi myśleć, kochać i pracować. Człowiek pozbawiony duchowości jest podobnie bezradny i zagrożony jak zwierzę pozbawione instynktów. Duchowość pełni rolę centralnego ośrodka sterowania życiem”. Istotna jest zatem świadomość jednostki, aby zadała sobie trzy zasadnicze pytania: skąd pochodzi, kim jest i dokąd zmierza? Może wtedy człowiek jako ten homo sapiens – człowiek rozumny pojmie, iż świat, to nie tylko rzeczy przyziemne i nieustanna pogoń za mini, ale przede wszystkim wartości nadrzędne wobec człowieka. Może wtedy człowiek zwolni tempo, doceni wartość rodziny. Może wtedy proste czynności życia codziennego dadzą mu wiele radości? Laicyzacja czy inaczej wymieniana już sekularyzacja życia społecznego powoduje, że Kościół przestaje być autorytetem. A współczesny człowiek tak bardzo potrzebuje prawdziwych autorytetów. Nie wolno nam zapomnieć, iż zachodnia cywilizacja, w której się wychowaliśmy, jest w głęboki i nierozerwalny sposób z chrześcijaństwem związana. Na zakończenie pozwolę sobie zacytować Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia oraz patrona Uczelni, którą mam zaszczyt reprezentować: „Nie ma większej męki i udręki dla człowieka jak wyzbycie się Boga. Nie ma dla nas większego wroga niż my sami, gdy pozbędziemy się wiary w Boga”. 

Dziękuję za rozmowę.

foto: stock.adobe.com/Szymon

1 komentarz

  1. Marceli Odpowiedz

    Bardzo dobry wywiad, pasujący do naszej dzisiejszej sytuacji, kiedy trzeba na nowo ustawiać hierarchie wartości. Dziękuje za te diagnozę i wskazanie na duchowość człowieka, która pomoże w sytuacji kryzysowej 👍🏻

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *